czwartek, lipiec 02, 2009

Kalisz: zespół ratownictwa medycznego działał w systemie przez 9 dni w roku?

Zdaniem kontrolerów z Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego, kaliskie pogotowie ratunkowe musi zwrócić 625,8 tys. zł. Środki ma wyegzekwować Wielkopolski Oddział Wojewódzki NFZ, z umowy z którym pogotowie w Kaliszu się nie wywiązało.

- Zespół kontrujący pogotowie w ub. r. ustalił, że w 2007 r. Fundusz przekazał środki na działanie 7 zespołów ratownictwa medycznego - wyjaśnia dziennikowi Polska Tomasz Stube, rzecznik wojewody wielkopolskiego. - Okazało się, że jeden z zespołów był wykorzystywany głównie do realizacji zadań transportowych dodatkowo płatnych.

Kontrolerzy stwierdzili, że 2007 r. zespół funkcjonował w ramach systemu państwowego ratownictwa medycznego w ciągu 9 na 365 dni. W pozostałym czasie nie działał w systemie. W jego skład nie wchodziła też ani jedna osoba uprawniona do wykonywania medycznych czynności ratunkowych. Dlatego w protokołach pokontrolnych wojewoda wnioskuje o rozliczenie należności finansowych niezależnie od otrzymanych z budżetu państwa.

Agata Wojdalska-Śledzińska, dyrektor kaliskiego pogotowia ratunkowego uważa, że doszło jedynie do nieprawidłowości, za które zapłaciła już kary w wysokości około 18 tys. zł. Zapewnia, że zespół pracował w 2007 roku cały czas w systemie i nigdy nie był wykorzystywany komercyjnie. Z załącznika do protokołu pokontrolnego wynika, że w 2007 r. wykonał on około 300 wyjazdów ratowniczych. Jej zdaniem cały problem w tym, że nie było obsady karetki wymaganej przepisami, które zaczęły obowiązywać od stycznia 2007 r.

źródło: rynekzdrowia.pl


Czytaj dalej >>>

Ratownik na kontrakcie musi ubezpieczyć się sam

Ratownik medyczny z gdańskiego pogotowia, ratując życie narkomanowi, który przedawkował, naraził się na zakażenie. W czasie intubacji mężczyzna zaczął wymiotować. Treść jego żołądka dostała się do ust i oczu ratownika. Narkoman był zakażony HiV i zapaleniem wątroby typu C. Prawdopodobieństwo, że ratownik został zakażony jest duże.

Aby zahamować namnażanie się wirusów, ratownik musi przyjmować leki antyretrowirusowe, za które musi zapłacić sam 5 tys. złotych. Pracuje na kontrakcie. Gdyby prywatnie ukłuł się podejrzaną strzykawką lub zaryzykował np. seks z zakażoną osobą, to za leki zapłaciłby budżet państwa.

– Państwo dopłaca do leczenia osób uzależnionych, z marginesu społecznego – mówi rozgoryczony Kuba Matys, ratownik z Gdańska. – Ale to ja jestem osobą drugiej kategorii. Dlatego że – jak wielu innych pracowników służby zdrowia – podjąłem pracę na kontrakcie.


W gdańskim pogotowiu na kontraktach pracuje 90 lekarzy i ratowników. Każdy z nich codziennie narażony jest na groźbę zakażenia HIV. Kuba Matys nie jest pierwszym pracownikiem, który musi szukać pieniędzy na leki ratujące życie. Podobne sytuacje zdarzają się w całej Polsce.

Znowelizowana przez Sejm i obowiązująca od stycznia tego roku ustawa o chorobach zakaźnych mówi jednoznacznie: za profilaktyczne leczenie lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, policjantów zagrożonych w czasie pracy zakażeniem HIV płaci pracodawca lub osoba zlecająca pracę. Problem się pojawia gdy jest nim pracownik kontraktowy.

– Tak mówi ustawa, a ja nie jestem jej autorem – zastrzega dr Anna Marzec-Bogusławska, dyrektor Krajowego Centrum ds. AIDS. – Jeśli dochodzi do wypadku związanego z miejscem pracy, płaci pracodawca. Jeśli poza miejscem pracy, to Ministerstwo Zdrowia poprzez Krajowe Centrum ds. AIDS. Jeśli ratownik jest na kontrakcie, to sam dla siebie jest pracodawcą i musi kupić lek. Ratownik, podejmujący pracę na kontrakcie, powinien zastanowić się także nad ubezpieczeniem przed konsekwencjami zakażenia podczas pracy.

– To nienormalne, by leki za darmo należały się każdemu, kto przyjdzie do szpitala z ulicy, a nie ludziom, którzy zawodowo ratują innych – przyznaje dr Jerzy Karpiński, pomorski lekarz wojewódzki. – W marcu alarmowaliśmy o tej sprawie Ministerstwo Zdrowia. Jednak Ministerstwo nie odpowiedziało do dziś.

Okazało się jednak, że nie wszędzie zatrudnieni na kontraktach pracownicy służby zdrowia muszą sami płacić za leki antyretrowirusowe. Na przykład w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku dyrekcja refunduje zwrot kosztów leków antyretrowirusowych pracownikom, niezależnie od formy zatrudnienia.

W Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach, gdzie na kontraktach pracuje ponad 250 lekarzy i ponad 30 ratowników inaczej rozwiązano problem ubezpieczenia kontraktowców.

– Umowy cywilno prawne, które mamy z ratownikami, czy lekarzami generalnie obejmują tylko te ubezpieczenia, które są wymagane zgodnie z aktualnym stanem prawnym – wyjaśnia portalowi rynekzdrowia.pl Wojciech Miciński, zastępca dyrektora ds. lecznictwa. – W zakresie osobistych ubezpieczeń zdrowotnych natomiast umożliwiamy im uczestnictwo we wszelkich ubezpieczeniach grupowych, na takich samych zasadach jakie obejmują naszych pracowników etatowych. To jest jednak ich dobra wola, czy z takiego ubezpieczenia skorzystają. My nie możemy od nich tego wymagać, ale stwarzamy im taką możliwość. I generalnie z tego korzystają, gdyż z tego względu, że mamy ponad 1500 pracowników opłaty za te ubezpieczenia są niewielkie.

Prawnik, członek Trybunału Stanu mec. Roman Nowosielski komentuje sytuację w jakiej znalazł ię gdański ratownik:: - Nie może być tak, że ktoś, kto naraża życie dla ratowania drugiego człowieka, jest za to karany. Osoba zatrudniona na kontrakcie w pogotowiu nie kupuje karetek, sprzętu medycznego. Ten, kto zawiera z nią umowę i zleca pracę, musi zadbać o bezpieczeństwo pracownika. Przed sądem ratownik ma szansę na odzyskanie pieniędzy.

źródło: rynekzdrowia.pl


Czytaj dalej >>>

Oddziały ratunkowe w Jędrzejowie i Czerwonej Górze?

Przybywa szpitalnych oddziałów ratunkowych w regionie. Jędrzejów jest już prawie gotowy, pomysł ten rozważa również Czerwona Góra. Jest więc szansa, że oddział z Czarnowa zostanie odciążony.

- Nie zdziwię się, jeśli któregoś dnia lekarze zrezygnują z pracy. Płacę im dobrze, ale nie są w stanie poradzić sobie z tak dużą liczbą pacjentów - mówi Jan Gierada, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego, w którym działa jeden z siedmiu szpitalnych oddziałów ratunkowych. A w regionie mieszka 1,3 mln ludzi.

Trafiają tam pacjenci nie tylko z wypadków, ale także z wszelkimi nagłymi przypadkami - skręceniem nogi, ostrym bólem brzucha, często pijani, którzy ulegli wypadkom w trakcie libacji alkoholowych. Średnio to aż 200 osób dziennie.

źródło: gazeta.pl


Czytaj dalej >>>

Sukces ratowników z Turku

Szpital w Turku dostanie kontrakt na ratownictwo medyczne, a szpital w Kole - nie. Takie są ostateczne decyzje Narodowego Funduszu Zdrowia. Ale przegrani wciąż mogę się jeszcze odwoływać.

Szpital w Kole przegrał w konkursie z Wojewódzką Stacją Pogotowia Ratunkowego w Koninie, podobnie jak we wtorek szpital w Szamotułach ponownie pokonała prywatna firma Obst Ambulanse Union.

Wielkopolski oddział NFZ rozstrzygnął drugi konkurs na świadczenie usług ratownictwa medycznego na terenie powiatów kolskiego, tureckiego i szamotulskiego. O sukcesie mogą więc mówić tylko ratownicy z Turku: - Byłem pewien na 99 proc., że wygramy. Za pierwszym razem zostaliśmy oszukani, poginęły dokumenty i dlatego przyznano nam za mało punktów. Teraz, jak komisja wzięła wszystko pod uwagę, musieliśmy wygrać - cieszy się Marek Derucki, ratownik z Turku.

źródło: gazeta.pl


Czytaj dalej >>>

czwartek, kwiecień 02, 2009

Polska służba zdrowia jest jedną z ostatnich w Europie

Tak wynika z opublikowanego w Brukseli rankingu o przestrzeganiu praw chorych. Polska zajęła w nim dalekie 25 miejsce. Jesteśmy lepsi tylko od Rumunii, Bułgarii i Portugalii.

NAS TO NIE DZIWI

Jakie są zarzuty komisji europejskiej? Kolejki do gabinetów, trudności z dostaniem się do specjalisty, wielomiesięczne, a nawet wieloletnie oczekiwanie na operację, gorszy niż gdzie indziej dostęp do nowoczesnych terapii.

- Nas, pacjentów, nie dziwi taka ocena - mówi Jerzy Pyrek, pełnomocnik wojewody do spraw osób niepełnosprawnych. - Często dostanie się do specjalisty, zwłaszcza osoby starszej, słabej, graniczy niemal z cudem. Tak jest też z rehabilitacją, z wieloma operacjami.

Przykładów nie brakuje. Do kardiologa czeka się pół roku, podobnie do neurologa czy endokrynologa. Na niektóre zabiegi, jak chociażby wszczepienie endoprotezy, można liczyć najwcześniej za dwa lata od momentu otrzymania skierowania. Dlaczego tak się dzieje?

NA SZARYM KOŃCU

- Za mało przeznaczamy środków na ochronę zdrowia - zgodnie jak nigdy twierdzą przedstawiciele szpitali i Narodowego Funduszu Zdrowia. Faktycznie, w tym rankingu też znajdujemy się na szarym końcu (patrz wykres). Przeznaczamy na leczenie zaledwie 6,2 procent Projektu Krajowego Brutto (z uwzględnieniem oficjalnych dopłat pacjentów, na przykład na leki).

- Nie ustępujemy innym krojom albo ustępujemy niewiele w dziedzinie nowoczesnych technologii medycznych - uważa Jerzy Staszczyk, zastępca dyrektora oddziału Świętokrzyskiego NFZ. - A to wszystko kosztuje. Moim zdaniem, składka na ubezpieczenie zdrowotne powinna być wyższa.

Według doktora Staszczyka, nie bez znaczenia w funkcjonowaniu sytemu ochrony zdrowia jest też kwestia przeniesienia w naszym kraju ciężkości leczenia na szpitale.

- Pacjent szpitalny jest najdroższy - tłumaczy Jerzy Staszczyk. - I jestem przekonany, że część chorych, zwłaszcza trafiających do szpitali na diagnostykę, mogłoby być "załatwianych” ambulatoryjnie.

PRYWATYZACJA NIE POMOŻE

W takiej sytuacji coraz częściej pojawiają się głosy, że jedynym lekarstwem na chorą służbę zdrowia jest prywatyzacja.

- Absolutnie się z tym nie zgadzam - ripostuje Wojciech Przybylski, dyrektor szpitala w Końskich, jednocześnie wojewódzki konsultant w dziedzinie ochrony służby zdrowia. - Nie pomoże prywatyzacja, jeżeli środki przeznaczane na leczenie będą zbyt małe. W Kielcach, poza nielicznymi, nie ma państwowych gabinetów specjalistycznych. I co? Są w nich takie same kolejki, jak były wcześniej, bo takie środki na ich funkcjonowanie przeznacza Narodowy Fundusz Zdrowia.

W dodatku zbyt małe nakłady na ochronę zdrowia, które są dziś, będą nam się odbijały czkawką przez wiele lat. Zwłaszcza niewielkie środki przeznaczane na profilaktykę.

- Nie ma u nas polityki zapobiegania czy wczesnego wykrywania chorób - uważa dyrektor. - Robi się program profilaktyczny na zasadzie akcji, z którego korzysta niewiele osób. A powinien być to element sytemu ochrony zdrowia. Tak, by chorobę wyłapać jak najszybciej. Bo wtedy są nie tylko większe szanse na uratowanie życia, ale koszty leczenia spadają kilkunastokrotnie.

źródło: www.echodnia.eu


Czytaj dalej >>>